Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdziały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdziały. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział 6: Nowe warunki

         ♫ nowe życie ♫

        Nad ranem mojej towarzyszce udało się zasnąć i nawet kiedy przyszła jej zmiana nie miałem serca jej budzić. Chociaż ona na kilka godzin mogła się przenieść w krainę snu. Nie mając co ze sobą zrobić chodziłem z jednego kąta w następny tak jak to zwykle robiłem w domu. Myślami przywoływałem twarze mojego rodzeństwa oraz moją mamę. Zastanawiałem się czy puścili ich do domu, a jeśli nie to jaką beznadziejna wymówkę wcisnęli rodzicom. Byłem w tak beznadziejnym położeniu jak nigdy wcześniej. Chciałem ratować Lucy, ale nie wiedziałem jak, przecież nie mogłem tak po prostu wejść i powiedzieć "siemanko, przyszedłem ją zabrać, do widzenia". Musiał istnieć jakiś rozsądny plan, ale wiedziałem doskonale, że na pewno nie byłem jego autorem. To co mnie niezwykle charakteryzowało to lekkomyślność. Nigdy nie zastanawiałem się jakie ryzyko niosą za sobą własne czyny, ponieważ po prostu żyłem daną chwilą. Może i jest to błędne rozumowanie, ale moim skromnym zdaniem takie życie jest najlepsze.
     Nie warto było tracić czasu na bezsensowne przemieszczanie się po stodole. Postanowiłem, że trochę tu poszperam. Właściciel musiał "mieszkać" tutaj dość długo. W pomieszczeniu znajdowało się bardzo dużo przydatnych rzeczy zaczynając od nożyczek, kończąc na płycie grzewczej. Stodoła wcale nie była taka wielka i przerażająca na jaką wyglądała od zewnątrz.
Szukałem ciekawych rzeczy po szafkach, ale ku mojemu rozczarowaniu nie udało mi się znaleźć nic szczególnego. Znajdywały się tam najzwyklejsze przybory kuchenne i domowe. Szklanki, talerze, kilka paczek herbaty, sztuczce oraz paczka papierosów, którą od razu sobie przywłaszczyłem. Nie było sensu nadal się tutaj rozglądać, bo doszedłem do wniosku, że to miejsce robiło po prostu za kuchnie. Oprócz garnków nie czekało tam na mnie nic interesującego.
        Włóczyłem się tam i z powrotem myśląc co ze sobą zrobić, gdy nagle uderzyłem się o coś wystającego z podłogi w stopę. Ból przeszył całą nogę, a ja musiałem się za nią złapać, żeby nie krzyknąć niepotrzebnego "auł" i nie obudzić przypadkiem Laury. Odsunąłem dywan z tego miejsca i moim oczom ukazała się klapa. Spróbowałem ją otworzyć, ale metalowa kłódka wyraźnie ją blokowała i nie chciała ustąpić. Nie było sensu się z nią siłować bo i tak wszystkie moje próby poszłyby na marne.
Zrezygnowany ruszyłem w stronę piramidy z puszek, którą zrobiliśmy wczoraj z dziewczyna i wybrałem czerwoną fasolę. Zająłem moje poprzednie miejsce i po chwili udało mi się otworzyć metalową puszkę. Dopóki nie zjadłem pierwszej łyżki nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo głody byłem. Teoretycznie oprócz kawy dnia poprzedniego mój żołądek był całkowicie pusty. Szybko pochłonąłem całą zawartość i czułem się pełny jak nigdy wcześniej.
   
           Oglądałem jak ostatnie krople deszczu spadają na ziemię. W głowie układałem sobie plan wydostania mojej siostrzyczki, ale każdy z nich wydawał się bez przyszłości. W takich sytuacjach nie pozostaję nic innego jak marzyć. Nauczyłem się tego po pierwszej okropnej nocy z moim ojczymem. Zawsze kiedy w domu latały talerze, siadałem w nocy na łóżku i wyobrażałem sobie różne rzeczy. Marzyłem o wakacjach z moją rodziną na których nie byłem od bardzo dawna. Wyobrażałem sobie nas wszystkich na plaży. Mamę leżącą na leżaku pod parasolem w wielkim słomianym kapeluszu czytającą romansidło w różowej okładce, co chwilę ocierając oczy z nadmiaru łez. Tatę, który się z niej śmiał, że tak bardzo przeżywa rozterki głównych bohaterów. Zawsze trzymał ją za rękę jakby chciał wiedzieć, że na prawdę ona tutaj siedzi, a nie ktoś inny. Wyobrażałem sobie Livię stojącą na brzegu oceanu, narzekająca na zbyt zimną i słoną wodę oraz moją małą Lucy, która się stara co chwilę wciągnąć ją w morskie fale. Cody'ego, który za wszelką cenę chcę mnie podtopić, albo wygrać w wstrzymywaniu oddechu jak najdłużej. No i przede wszystkim wyobrażam sobie mnie, nurkującego na dnie oceanu, szczęśliwego że może być z rodziną. Marzyłem o tym, aby przez chwilę być szczęśliwym.
Z moich zamyśleń wyrwała mnie Laura, która właśnie się obudziła. Spojrzałem na nią kątem oka, twarzą w dalszym stopniu skierowaną w stronę deszczu.
- Dzień dobry.- powiedziała i przeciągnęła się do pozycji siedzącej. Nie trudno było zauważyć, że dziewczyna jest wykończona, nie tylko zaistniałą sytuacją a także nie wyspaniem.
- Dzień.- odpowiedziałem, ponieważ on wcale nie był dobry. W żadnym stopniu, nawet najmniejszym.- Co sobie księżniczka życzy na śniadanie? Mogę zaoferować pasztet Kiele..Kiel.. Kchy..- nie umiałem wypowiedzieć skomplikowanej nazwy, która znajdowała się na wierzchu opakowania. Puszka najprawdopodobniej pochodziła z polskiego sklepu, bo "Pasztet Kielecki" zdecydowanie nie brzmi amerykańsko.- W sumie coś sobie wybierzesz, trochę tego jest.
Dziewczyna wstała z kanapy i ruszyła w kierunku piramidy. Wzięła do ręki pierwszą lepszą puszkę z góry. Przeczytała nazwę po czym wzruszyła ramionami i zabrała widelec z prowizorycznej kuchni. Nie usiadła koło mnie, lecz weszła po schodach i zatrzymała się przy malutkim oknie, które umożliwiało nam obserwowanie drugiej strony pola.
          Około godziny później obydwoje zaczęliśmy się rozglądać po miejscu w którym się znajdowaliśmy. Udało nam się znaleźć kilka ubrań więc postanowiłem się przebrać i w taki oto sposób paradowałem w podziurawionych dżinsowych spodniach, czarnej bluzce oraz czerwono- czarnej koszuli w kratę.
- Nadal wyglądasz jakbyś się nadawał na okładkę gejowskiego pornola.- rzuciła w moim kierunku, na co momentalnie się roześmiałem. Była ubrana w czarne legginsy i z pewnością o trzy rozmiary za dużą czarną bluzkę w białe paski. Oddałem jej swoją bluzę, która chociaż w minimalnym stopniu sprawiała, że dziewczyna nie wyglądała jak bezdomna.
Po przeszukaniu kilku szuflad, udało mi się znaleźć talię kart. Stwierdziłem, że rozładuję tą gęstą atmosferę między nami i pokaże mojej towarzyszce kilka sztuczek, na co z chęcią się zgodziła. Siedzieliśmy na podłodze do góry w tym samym miejscu w którym Laura wcześniej jadła. Mieliśmy idealny widok na główne wejście oraz tył pola.
        Gra w trzy karty* polegała mniej więcej na tym, że jesteś w stanie zmanipulować osobę obserwującą. Zasady są proste: czerwona karta wygrywa, czarna przegrywa. Pokazujesz jakie masz karty i załóżmy, że są to czarny as, Joker oraz czerwona czwórka, ale tak na prawdę osoba na której przeprowadzona jest iluzja widzi dwa asy i czwórkę, bo Joker pozostaje cały czas w ukryciu. Tłumaczenie tego wydaję się bardzo skomplikowane, jednak w rzeczywistości jest to banalnie proste.
Przedstawiłem Laurze całą sztuczkę. Uśmiechałem się głupio widząc jak mruży oczy i marszczy nos próbując się skupić. Była na prawdę sprytną dziewczyna. Próbowała doszukać się jakiś dziwnych teorii spiskowych, ale nadal nie udało jej się rozgryźć całego triku.
- Pewnie masz cztery karty.- powiedziała zrezygnowana i oparła się plecami o ścianę. Nogi skrzyżowała w kostkach, a ręce położyła na udach. Patrzyła na mnie spod łba, widocznie zdenerwowana tym, że nie udało się jej mnie przechytrzyć. Uśmiechnąłem się triumfalnie i położyłem przed nią asa, czwórkę oraz jokera. Dziewczyna otworzyła szeroko usta, a następnie zmarszczyła twarz. Na jej czole pojawiła się pulsująca żyła, a jej brew wygięła się w nienaturalnym stylu. Wybuchłem śmiechem tak mocno, że położyłem się na plecy i turlałem się po podłodze, denerwując ją przy tym jeszcze bardziej.
Nagle ogłuchłem.


          Wybuch nastąpił tak szybko, że ani mój umysł, ani moje ciało nie zdążyło się na niego przygotować. Podłoga pod nami się zatrzęsła, a w głowie słyszałem jedynie pisk. Moja reakcja była tak szybka, że sam się sobie dziwiłem. Pomimo bólu przeszywającego moją czaszkę udało mi się wstać na proste nogi. Próbowałem znaleźć Laurę jednak czarne plamki przed moimi oczami nie bardzo mi to umożliwiały. Potknąłem się i wpadłem prosto na ścianę. Przytrzymałem się rękoma i starałem uspokoić mój nierówny oddech. Kątem oka dostrzegłem metalowy pręt, który po chwili znalazł się w moich rękach. Zbiegłem po schodach omijając przynajmniej co trzy schodki. Zatrzymałem się przed wejściem do stodoły i spojrzałem na pokryte ogniem zborze. Nie miałem pojęcia co było przyczyną wybuchu. Wszystko nie miało sensu. Nie wiedziałem co mam robić. Chwytałem się co chwilę za głowę i chodziłem w kółko. Dotarło do mnie, że zaczynam własnie panikować. Przekląłem się w myślach. W moim umyśle z minuty na minute, pisk stawał się coraz głośniejszy. Ściskałem się mocniej, jakbym chciał sprawić, że dźwięk wyparuje. Nagle usłyszałem trzask. 
           Obejrzałem się za siebie i zrozumiałem, że źródłem dźwięku nie było nic innego jak spadająca ze schodów Laura. Pomogłem dziewczynie wstać i wydawało mi się, że spytałem czy nic jej nie jest. Ona coś wymamrotała, ale nie usłyszałem kompletnie nic. 
Popatrzyłem jeszcze raz na miejsce wybuchu i dostrzegłem kilka postaci w oddali kierujących się w stronę stodoły. Szybko zrozumiałem, że to na pewno nie jest stowarzyszenie osób, które chce nam pomóc, ani tym bardziej właściciele. To byli strażnicy. 

Do mojego umysłu zaczęły napływać różne wersje wydarzeń. 
Trzeba było myśleć trzeźwo. Nerwowo zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu szukając miejsca w którym moglibyśmy się ukryć. Kiedy zaczynałem tracić nadzieje, a do mojej głowy wleciała wizja chyba najgorsza z możliwych. 
Przypomniałem sobie jednak o dziwnej skrytce w podłodze, którą znalazłem dzisiaj rano. Szybko do niej podbiegłem i odsunąłem dywan, który ją przykrywał. Oceniłem wytrzymałość kłódki i długo się nie zastanawiając uderzyłem w metalowe zamknięcie prętem. Za trzecim razem puściła całkowicie. 
          Pchnąłem Laurę w kierunku skrytki i upewniłem się, że znalazła się na dole. Podbiegłem do wejścia i z odrobiną wysiłku udało mi się zamknąć ogromne i cholernie ciężkie drzwi. Zakryłem ponownie dywanem drzwiczki i położyłem na niego stolik tak, aby się nie zsunął. Chciałem już wchodzić do środka, gdy nagle dostrzegłem kłódkę leżącą niecały metr ode mnie. Szybko ją zabrałem. 
W chwili kiedy udało mi się wejść i zamknąć za sobą klapę na drzwi zaczęli napierać strażnicy. 
           Odnalazłem w ciemnościach dziewczynę i razem usiedliśmy pod ścianą, najdalej od drabinki jak tylko się dało, przynajmniej tak nam się wydawało, ponieważ szczerze mówiąc nie widzieliśmy zbyt wiele. Czułem, jak szybko dziewczynie biło serce, chociaż nie byłem do końca pewny czy to moje nie wydaje tak głośnych dźwięków. 
Odnalazłem rękę brunetki i mocno ją ścisnąłem. Cokolwiek to było musieliśmy przejść przez to razem. 
- Słyszysz to?- zapytała, a ja zauważyłem, że znowu mogę słyszeć. Spróbowałem zrozumieć o co chodzi Laurze i po chwili już wszystko wiedziałem. Słyszeliśmy kroki ciężkich butów, dokładnie nad nami. Wzdrygnąłem się, kiedy mężczyzna zaczął nawoływać swoich towarzyszy. Mieliśmy dokładnie pięćdziesiąt procent szans na to, że zostaniemy nie zauważeni i pięćdziesiąt procent na to, że nas złapią. W tamtym momencie wolałem tą optymistyczną wersje.
Mój świat zamarł kiedy drzwi do skrytki się otworzyły.

        Momentalnie z dziewczyną położyliśmy się na ziemie i staraliśmy się schować za metalową szafą. 
- Lucky?- wypowiedział moje imię kobiecy głos, a ja dokładnie wiedziałem do kogo on należy. Po chwili przede mną w stroju strażnika stała Charlotte. Chyba już nic mnie nie zdziwi.- Jezu, tak się ciszę, że cię widzę!.- przytuliła się do mnie. Przez chwilę stałem nie ruchomo nie wiedząc do końca o co w tym wszystkim chodzi, ale odwzajemniłem uśmiech.
- Lucky, słuch...
- Zanim się rozgadasz, oczekuje wyjaśnień.- przerwałem jej.- Co do cholery robisz w stroju strażnika tak samo jak wcześniej Mike?
- To przez te instytuty. Ja Mike, Maya i Thomas wiedzieliśmy o tym wcześniej.- na dźwięk imienia mojego najlepszego przyjaciele stanąłem jak słup soli.- Dlatego dałam ci tą kartkę, żebyś się tutaj udał.Nie sądziłam jednak, że zabierzesz ją.- kiwnęła palcem na Laurę, co sprawiło, że dziewczyna momentalnie się zainteresowała rozmową.- Dalsze instrukcje masz na kartce, która jest na stoliku. W stodole nic wam nie grozi. Ja i Maya zdecydowałyśmy się tutaj sprawdzić na zlecenie strażników, stąd ten wybuch. Nie martw się, uda nam wszystkim się stąd uciec.- powiedziała i zaczęła kierować się do drabinek. 
- Lottie, nie mogę tak zostawić Lucy, ja muszę po nią wrócić.
- Wszystko jest w kartce, stosuj się do tego inaczej nie wiem czy wszystko nam się uda.- otworzyła klapę.
- Ale...- zacząłem jednak dziewczyna bardzo szybko mi przerwała.
- Kartka, Luke.- to były jej ostatnie słowa, potem wyszła. 


* gra w trzy karty - polecam obejrzeć ten filmik aby zrozumieć całą sztuczkę:


Cześć misie!
Mam nadzieję, że nie zanudziliście się na śmierć czytając ten rozdział, bo mam wrażenie, że jest on chyba najnudniejszy ze wszystkich, które dotychczas napisałam. Niestety nie miałam zbyt dużo czasu, żeby go sprawdzić, także za wszelkie powtórki jak najbardziej przepraszam i postaram się to wszystko poprawić w ciągu kilku dni. Miałam chwilowy zastój i mam nadzieję, że aż tak bardzo nie odbił się on na opowiadaniu. Zanim dojdzie do prawdziwej akcji, przed nami jeszcze kilka wynudzających rozdziałów, niestety takie są początki :/

Ps. Dajcie mi znać co myślicie o założeniu podstrony WNB, na której moglibyście się dowiedzieć trochę więcej i dodawałabym tam posty co czwartek z różnymi ciekawostkami dt. bohaterów, spoilerami kolejnych rozdziałów i wiele wiele więcej. Od dawna coś takiego zaprząta moją głowę  i wydaję mi się, że byłoby to ciekawe urozmaicenie bloga:) 

Do poniedziałku!
Honey

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rozdział 5: Ucieczka

Zakładka dt. bohaterów pobocznych została zaktualizowana.   

   ♫ będę zawsze przy was przyjaciele ♫

          Dostanie ataku klaustrofobicznego w szybie wentylacyjnym swojej szkoły nie było dobrym pomysłem. Odkąd tylko pamiętam jestem osobą, która panikuje zawsze w najmniej oczekiwanym momencie. Zazwyczaj te lęki są wywołane znikąd, ponieważ nigdy przez całe swoje życie nie miałem klaustrofobii, a wręcz uwielbiałem ciasne oraz ciemne miejsca.
Nierówny oddech Laury, która dzielnie czołgała się za mną, sprawiał że starałem się panikować, a myśli w mojej głowie obracały się wokół tego jak najszybciej się stąd wydostać.
W pewnym momencie już całkowicie zgupiałem i albo rzeczywiście im dalej szliśmy tym ściany robiły się coraz węższe, albo moja wyobraźnia działa już wystarczająco mocno.
          W szybie znajdowaliśmy się już ponad piętnaście minut i nie zanosiło się na to, abyśmy szybko stąd wyszli.
- Luke, musisz iść naprzód.- dziewczyna odezwała się po raz pierwszy odkąd się tutaj znaleźliśmy. Z trudem próbowałem pchać się na przód, przerzucając cały ciężar swojego ciała na łokcie, jednak ból który towarzyszył mi jeszcze przed wejściem tutaj nie chciał ustępować, ani tym bardziej słabnąć. Z całych sił starałem się go ignorować, jednak każdy mój kolejny krok mi to uniemożliwiał.
- Musimy na chwilę stanąć.- oznajmiłem i położyłem się na brzuchu. Moje ręce leżały nieruchomo cicho umierając z nadmiaru wysiłku.
- Nie możemy tutaj leżeć, jestem pewna że...
- Połóż się do cholery i daj mi odpocząć!- wydawało mi się, że krzyknąłem chociaż mogły być to mylne złudzenia, gdyż nie byłem do końca pewny czy ból mi umożliwiał krzyczenie. Cokolwiek zrobiłem, było to skuteczne, bo dziewczyna poległa na brzuchu zaraz za mną. Możliwe iż byłem dla niej teraz trochę nie miły, ale na prawdę nie mogłem już dłużej wytrzymać.
             Leżeliśmy w milczeniu jeszcze dobre pięć minut, aż w końcu zebrałem wszystkie siły i ponownie się podniosłem. Laura zabrała ze mnie przykład i już po chwili czołgaliśmy się w stronę mroku.
Chłód zimnego powietrza przeszywał całe moje plecy. Czułem, że wszystkie mięśnie mam mocno spięte. Z całych sił starałem się pozbyć pulsującego bólu, ale nadal przynosiło to marne skutki. W pewnym momencie doszliśmy do rozwidlenia dróg.
- Chyba mamy problem.- skomentowałem zaistniałą sytuację. A już byłem przekonany, że nic gorszego spotkać nas nie może.
- O co chodzi?- zapytała dziewczyna, gdyż nie była w stanie nic zobaczyć, a jedyne co miała w zasięgu wzroku to moją dupę.
- Trafiliśmy na rozwidlenie dróg.- poinformowałem.- prawo czy lewo? - zapytałem, nie chciałem podejmować samodzielnie decyzji. Zdawałem sobie sprawę, że jedna z tych dróg musi prowadzić do jakiegoś wyjścia. Natomiast co przyniesie druga, tego nie wie nikt.
- Zawszę wybieram lewą.- odpowiedziała. Miejmy nadzieję, że tym razem też dobrze wybierze.

           Około piętnaście minut szliśmy przed siebie i nie zapowiadało się na to, że nie długo stąd wyjdziemy.  Wydawałoby się, że mrok staje się coraz ciemniejszy, ale czy to w ogóle było możliwe?
Z mojego zamyślenia wyrwał mnie głośny krzyk. Gwałtownie podniosłem głowę przy okazji uderzając się w górną część szybu. Nie miałem pojęcia skąd dochodzi dany odgłos, ale brzmiał mi dziwnie znajomo. Z o wiele szybszym tempem przemieszaliśmy się w najprawdopodobniej źródło dźwięku. Z każdym posunięciem do przodu metalowe pomieszczenie zaczynało się powiększać, aż w końcu byliśmy w stanie chodzić na czworaka.
Doszliśmy do kratki w suficie, przez którą z trudem, ale jednak mogliśmy zauważyć klasę która mieściła się pod nami. Widok przedstawiał sytuację podobną co u nas. Wiele dzieci leżało na podłodze nieruchomo, tylko jedno z nich się obudziło i najprawdopodobniej to ono krzyczało. Była to mała dziewczynka, miała rudawe włosy i bardzo jasną cerę. Rozkojarzona rozglądała się dookoła nie wiedząc co tutaj się dzieje. Co chwilę chwytała się za głowę jakby chciała oswoić w niej nowo zebrane informacje. Nie stała tak długo, bowiem po chwili do sali przybili strażnicy z maszynowymi karabinami co sprawiło, że dziecko przestraszyło się jeszcze bardziej i zemdlało na ich widok. Jeden z nich chwycił ją za ramię i jak szmacianą lalkę ciągnął po podłodze. Reszta wyszła z sali z głośnym rechotem na usta.
          Kątem oka spojrzałem na Laurę, która próbowała zlokalizować tożsamość pozostałych osób. Chciałem powrócić do czynności którą wykonujemy już ponad czterdzieści minut, ale nagle zauważyłem coś czego nie chciałem zobaczyć. Na podłodze leżała Lucy. Moja mała biedna siostrzyczka. Kompletnie zapomniałem, że przecież moje rodzeństwo również chodzi do szkoły, a nawet nie pofatygowałem się, że chociaż zapytać do jakiego z tych śmiesznych instytutów zostali przyjęci i co o tym wszystkim sądzą. Moja egoistyczna dusza ponownie się odezwała i pozwoliła myśleć mi tylko o tym, aby chronić swoją dupę.
Potrząsłem głową i dałem znak Laurze, że nie ma nad czym tutaj się rozczulać i należy w końcu się stąd wydostać. Niektóre rzeczy są ważniejsze.
              Z czasem miejsca w szybie zaczęło się robić na tyle dużo, że mogliśmy iść obok siebie. Miałem nadzieje, że zwiastuje to koniec tej wędrówki, która co jak co ale dla mnie była okropnie męcząca. Laura czołgała się obok mnie ciężko oddychając, a na pytanie czy chce odpocząć stanowczo mówiła nie.
Nie upłynęło pięć minut, a przejścia nie było, a przed nami stała po prostu ściana.
- Kurwa.- syknęła- Świetnie, po prostu świetnie.
Sam przez chwilę nie mogłem uwierzyć w to co właśnie widzę. Czy to oznaczało, że nasza ponad godzinna wędrówka przez ten smród poszła na marne?
- Zawracamy?- spytała łamiącym się głosem. Wiedziałem, że czuła to samo co ja.
- Czekaj chwilę.- poleciłem. Byłem w końcu magikiem. Tam, gdzie nie ma wyjścia, zawsze jest wyjście. Popukałem w kilku miejscach, a tam gdzie dźwięk okazał się krótki i "pusty" skupiłem swoją uwagę. Może gdybym miał trochę więcej siły udałoby mi się to rozwalić?
Pukałem tam jeszcze przez chwilę, gdy moje palce napotkały coś wystającego. Starałem się to pociągnąć jednak poszło to na marne. Miałem po prostu za mało siły.
Powiadomiłem dziewczynę o swoich spostrzeżeniach i po chwili ona przyłożyła tam palec. Czułem, że mocno zaciska zęby. Po kilku próbach pociągnięcia tego (czymkolwiek to było) na dół, udało się. Metal głośno spadł na podłogę. Spojrzałem w dół i okazało się, że jesteśmy około metr nad ziemią. Po cichu jak tylko to było możliwe udało nam się zejść. Prosto w ręce strażnika.
                 Pchał nas mocno w stronę jakieś klasy. Czułem, że zawiodłem. Laurę, moje rodzeństwo, a najbardziej siebie. To miała byś nasza droga ucieczki od tego szaleństwa, a jedyne co nam się udało to znalezienie się jeszcze w gorszej sytuacji niż w tej w której byliśmy godzinę temu. Spróbowałem spojrzeć na Laurę jednak ona starała się jak najbardziej unikać mojego wzroku i patrzyła tempo w podłogę. Strażnik otworzył nam drzwi i pchnął nas na krzesła.
Kiedy ściągnął z głowy maskę okazał się być Mike'm Pieterse.
- Mike?- wypowiedziałem jego imię w pytający sposób. Chłopak położył palec na usta, sugerując mi tym żebym się uciszył. Dziewczyna wyglądała na zdezorientowaną całą tą sytuacją. W sumie jej się nie dziwie, bo jakim cudem Mike został strażnikiem? Przecież to nie miało sensu.- Jak wszystko wokół.- dodał cichy głos w mojej głowie. 
- Musicie być bardziej ostrożni. Raczej nie chcecie wpaść w ręce kogoś innego.- chłopak uśmiechnął się do nas w charakterystyczny dla siebie sposób.- Lottie przekazała Ci kartkę?- zapytał patrząc prosto na mnie. 
- Tak.- odpowiedziałem.- Mike, wytłumacz mi o co w tym wszystkim chodzi. I dlaczego do cholery jasnej jesteś strażnikiem?- zapytałem unosząc pytająco brew na co brunet roześmiał się w odpowiedzi. 
- Och Lucky, ty na prawdę nie wiesz co tu się dzieje, prawda?- zapytał na co ja popatrzyłem na niego jakby przemówił do mnie w obcym języku.- Nowa Era. Nowe zasady.- skomentował moją minę.- A teraz zabieraj swoje cztery litery i idź tam, gdzie masz iść. Tylne drzwi są otwarte i nie ma tam kamer.- podziękowałem mu i uścisnąłem go na pożegnanie. Bardzo lubiłem tego chłopaka, a znaliśmy się już sporo czasu. Posłał mi zachęcający uśmiech, natomiast Laurze puścił oczko, przez co dziewczyna oblała się rumieńcem. 
            Pogoda na zewnątrz była okropna. Było cholernie zimno i  w dodatku padał deszcz. Stodoła o której napisała mi Charlotte na kartce była około kilometra od szkoły w środku szczerego pola. Nie mieliśmy się nawet nad czym zastanawiać. Trzeba było stąd wiać. 
Mieliśmy już ruszać, gdy nagle Laura mnie zatrzymała. Stanęła równo ze mną i splotła nasze dłonie. Początkowo ten gest bardzo mnie zaskoczył. Była to dla mnie obca bliskość, ale bardzo przyjemna. Jej skóra była gładka i delikatna. 
- Razem? - zapytała, patrząc mi prosto w oczy. Zdawałem sobie sprawę, że póki co byliśmy zdani tylko na siebie, czy to nam się podoba czy nie. Uśmiechnąłem się pusto i ścisnąłem mocniej jej zimną, małą dłoń.
- Razem.- odpowiedziałem. 
             Biegliśmy równym tempem, na tyle ile było to możliwe. Moje ciało w dalszym stopniu było obolałe i przypominał mi o tym każdy następny krok. Plony, które rosły mocno raniły nasze odsłonięte miejsca przy czym utrudniały nam praktycznie wszystko. 
Zauważyłem budynek do którego zbliżaliśmy się. Był całkiem duży. Miał blaszany dach na którego szczycie stał kogut wskazujący cztery kierunki świata. Czerwona farba odrywała się od ścian, a znaczną część stodoły pokrywała rdza. 
Nie minęło kila minut, a przemoczeni do suchej nitki znaleźliśmy się w środku. Ku naszemu zdziwieniu, miejsce nie było tak obskurne na jakie się wydawało z zewnątrz. Nie było nienagannie czysto, ale również nie panował tam wielki bałagan. Zamiast wielkich stogów siana i starych maszyn rolniczych ktoś postanowił sobie tam urządzić pseudo pokój bądź nawet dom. Podłoga była wyłożona wykładziną, a ściany pomalowane na jasny niebieski. 
- Wow..- to jedyne co udało się wydobyć z ust mojej towarzyszki.
- Dokładnie.- odpowiedziałem, na jej nie zadane pytanie, jednak wiedziałem co czai się w jej myślach. 
Spojrzałem w dół na nasze nadal splecione dłonie, których tak bardzo nie chciałem puszczać. Dotyk jej skóry sprawiał, że czułem że naprawdę przy mnie jest i nie chodzi mi tutaj o po prostu stanie obok. Czułem, że mogę na niej polegać bez względu na to co tutaj się wydarzy. Kto by pomyślał, że ta mała osóbka potrafi dawać tyle nadziei.  
          Laura rozglądała się po pomieszczeniu z otwartymi ustami. Sam również nie mogłem uwierzyć co właśnie widzę. 
- Może powinniśmy się tutaj rozglądać i poszukać jakiegoś jedzenia?- zaproponowałem i zwolniłem uścisk z jej dłoni, aby po chwili kompletnie ją puścić. Dziewczyna ponownie oblała się rumieńcem i nie patrząc na mnie odpowiedziała.
- Jasne, ja sprawdzę po lewej stronie.- zaczęła kierować się w tamtą stronę, a na moją twarz wstąpił mały uśmieszek. 
         Zmrok zaczął zapadać nad miastem. Do tego czasu udało nam się zebrać dużą część prowiantu pochowaną w różnych miejscach stodoły. Wszystkie puszki miały długą datę ważności więc jedno było pewne: z głodu nie umrzemy. 
Z kanapy, która stała pod ścianą wyciągnęliśmy dwie poduszki oraz koc. Spaliśmy na zmianę po godzinie, o ile w ogóle któremuś z nam udało się zasnąć.
Przeglądałem kartki, które zabrałem z klasy jednak było to na tyle bez sensu, że jedyne co potrafiłem z tego wywnioskować to to, że czytam tylko ciąg liter, a mój mózg nie przyswaja żadnej treści. Obiekt 2576 to, Obiekt 2576 tamto... kompletne nie umiałem tego zrozumieć, ani tym bardziej chociaż dość do wniosku kim lub czym jest Obiekt 2576. 
- Śpisz?- głos Laury wyrwał mnie z zamyślenia. Dziewczyna siedziała na podłodze opierając się o kanapę. Tempo wpatrywała się w metalowe drzwi.
- Nie.- odpowiedziałem i przekręciłem się na plecy. Wpatrywałem się w sufit i czytałem napisy jakie na nim wykonano. "Wolność", "Bądź wolny", "Bądź sobą", "Wolność", "Wolny", "Wolność".
- Co teraz? - zapytała i zwróciła głowę w moją stronę. Przekręciłem się na prawy bok, abyśmy mieli swobodny kontakt wzrokowy.
- Na pewno tego tak nie zostawię.- odezwałem się natychmiast.- Z pewnością tam wrócę. Dobrze wiem, że Cody i Livia sobie poradzą, w końcu mieszka... Nie ważne. Oni sobie poradzą. Wiem to. Ale nie Lucy. Nie moja siostrzyczka... ona.. ona jest za mała na to wszystko. Ona nie da rady. Muszę tam wrócić. Moja siostra, moja odpowiedzialność.- powiedziałem. Tak jak mówiłem: są sprawy ważne i ważniejsze, a ona była w tym momencie najważniejsza. Momentami przywoływałem w myślach twarz Niny. Była to osoba o która martwiłem się tak samo jak o Lucy. Miałem nadzieje, że wszystko się jakoś ułoży. Miałem nadzieję. 
Laura pokiwała głową na znak, że mnie rozumie. Była na prawdę mądrą osobą i wydawało mi się, że w pewnych momentach zachowywała się bardziej dojrzale niż ja. 
Rozglądnąłem się po ciemnym pomieszczeniu i w kącie dostrzegłem gitarę. Umiałem grać na tym instrumencie, ale co do śpiewania to opinie były różne. Postanowiłem, że rozładuję napięcie jakie między nami powstało, wstałem i ruszyłem w kierunku wspomnianej wcześniej rzeczy. 
Powróciłem na swoje miejsce i po kolei przejechałem palcem po każdej strunie odpowiednio je nastrajając.
- Chcesz się pośmiać ze mnie?- zaproponowałem na co ona wywołała na swojej twarzy prawie nie zauważalny uśmiech. Uderzyłem, wybierając odpowiednie akordy i już po chwili całkowicie oddałem się muzyce. 

" Day, after day
I will walk and I will play
But the day, after today
I will stop and I will start.
I've given you a descision to make
Things to lose and things to take
Just as she's about ready to cut it up
She said " wait a minute honey, I am add it up"
Add it up, Add it up
Wait a minute honey I am add it up"*

* Dzień po dniu, będę szedł i będę walczył. Ale pojutrze przestane i zacznę. Dałem ci decyzję do podjęcie. Rzeczy do stracenia i rzeczy do wzięcia. Tak jak ona była gotowa, żeby to odciąć. Powiedziała " poczekaj minutę skarbie ja dodam to". (tłumaczenie nie jest oryginalne tylko autorskie, więc jest ono takie jakie ja rozumiem tekst piosenki.)


Hejka misie!
Przychodzę do was już z piątym rozdziałem i na razie póki co nie wychodzę z formy i trzymam się reguły jeden rozdział w tygodniu (póki co w poniedziałki). 
Możliwe jest, że ten rozdział nie jest zbyt ciekawy, ale na swój sposób mi się spodobał, być może przez klimat w jakim starałam się aby był utrzymywany. Mogę was zapewnić, że w następnych czeka naszych bohaterów na prawdę sporo ciekawych akcji i będzie się działo, oj będzie!
Nie mam więcej informacji, wszystko jest w tej notce i proszę o przeczytanie:)
 Życzę wam miłego poniedziałku!
honey

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Rozdział 4: Mroki

       ♫ wilki wspomnień ♫

O ile wcześniej sen przyszedł do mnie z niewyobrażalną łatwością, teraz od kilku godzin przewracałem się z boku na bok szukając dla siebie wygodnego miejsca. Moje myśli biły się między sobą próbując dojść do jakiegoś wyjaśnienia o co w tym wszystkim właściwie chodzi. Głowa bolała mnie niemiłosiernie od nadmiaru zebranych we mnie emocji.
       Około godziny czwartej nad ranem zebrałem w sobie siły i wstałem z łóżka. Maszerowałem z kąta w kąt w swoim pokoju, starannie patrząc na panele, aby przez przypadek nie nadepnąć na jeden z tych, który skrzypi i przy okazji nie obudzić całej rodziny. Przemierzałem tą samą długość dwa razy po czym podchodziłem do okna i wyglądałem na ulice.
Mimo, że było późno w nocy, a właściwie za kilka godzin zaczynał się poranek, ruch w Nowym Jorku zawsze był taki sam. Mnóstwo samochodów mijających się oraz kilometrowe korki to naturalność w tym mieście.
Stwierdziłem, że tkwienie w tym samym punkcie jest bez sensu i może powinienem coś zrobić ze sobą. Po chwili dresy, które miałem cały czas na sobie, zostały rzucone na łóżko, a ja przebrałem się w dżinsy, ulubiony czarny t-shirt i czarną rozpinaną bluzę. Nie minęło pięć minut, a znalazłem się na korytarzu.
Na palcach schodziłem po schodach, omijając co drugi stopień. Jack, który pracował jako dozorca tego miejsca w nocy rzucił mi badawcze spojrzenie, ale ja tylko kiwnąłem mu ręką i otworzyłem drzwi na zewnątrz.
       Zimny wiatr uderzył w moją twarz uświadamiając mi jak wielkim błędem było nie zabranie ze sobą kurtki. Starałem się nie myśleć o chłodzie. W ogóle starałem się nie myśleć. Taki właśnie był powód mojego wyjścia tutaj. Nie myślenie. Miałem zamiar oczyścić cały mój umysł z nadmiaru scenariuszy, które przez całą noc potrafiłem sobie uroić.Włożyłem słuchawki do uszu i wcisnąłem losowy utwór. Założyłem kaptur na głowę i już po chwili kroczyłem ulicami mojego miasta.
        Mijałem bezdomne koty oraz psy. Za każdym razem kiedy zobaczyłem takowe zwierzę musiałem je pogłaskać. Chciałem sprawić, żeby chociaż przez chwilę poczuły się kochane. Nie interesowało mnie czy miały jakieś choroby, to nigdy nie było ważne.
Puste, całodobowe kawiarnie odstraszały swoim żółtym światłem, czekając na pierwszych porannych klientów spieszących się do pracy. Ludzie, którzy pracowali tam wczesnymi godzinami mieli zawsze taki sam wyraz twarzy, wielkiego zmęczenia.
Idąc chodnikiem, zawsze patrzyłem pod nogi, aby przypadkiem nie nadepnąć na przerwę między kafelkami. Zazwyczaj kończyło się to tak jak teraz, czyli przypadkowe wpadanie na kogoś. Mężczyzna, który na mnie wpadł, również mnie nie zauważył przez swoje zapatrzenie w telefon. Zderzyliśmy się z taką siłą, że biedak poleciał do tyłu na plecy wylewając przy tym całą zawartość kawy z kubka. Podniosłem jego, a później pomogłem pozbierać jego dokumenty, które wypadły mu z teczki. Kiedy już odchodził w trawie zauważyłem komórkę. Miała zbity ekran. Podałem mu ją i uśmiechnąłem się na co on odpowiedział mi tym samym i odszedł w przeciwną stronę.
        Przemierzałem następną uliczkę, obserwując jak niebo zaczyna się robić coraz jaśniejsze. Na chodniku po przeciwnej stronie para tańczyła do starej muzyczki, puszczanej przez magnetofon, który wystawiony był przez jedno z okien kamienicy. Usiadłem na krawężniku i przez chwilę ich obserwowałem. Nie znałem ich, ale od razu dostrzegłem ich miłość. To zabawne ile można wyczytać z twarzy człowieka kompletnie nie wiedząc kim on jest.
Wyciągnąłem opakowanie papierosów i zapaliłem jednego z nich. Już dawno miałem przestać palić, ale nikotyna jest jak narkotyk. Jak zapalisz raz, ciężko jest zastopować. Powinienem to zakończyć chociażby ze względu na własne zdrowie, ale w sumie prawda jest taka, że kiedy zacząłem tkwić w tym gównie, marzyłem żeby mnie zabiło.
Nie mogłem przyznać, że palenie mnie uspakajało, bo nie istniała taka rzecz która by to zrobiła. Paliłem często z nudów lub wtedy kiedy musiałem od czegoś odpocząć. Zaciągnąłem się i położyłem na chodniku wypuszczając dym w powietrze. Leżałem tak dłuższą chwilę wpatrując się w ostatnie gwiazdy, które zostały na niebie. W nocy było coś co zawsze mnie intrygowało. Była to zdecydowanie moja ulubiona pora dnia. Noc nigdy nie jest do spania. Noc jest to przemyślenia podjętych decyzji oraz wymyślania planów, które na następny dzień nie będą miały najmniejszego znaczenia. Taka jest noc. Chujowa i cudowna zarazem.
       Do ostatniej ulicy przed powrotem do domu zaszedłem około godziny piątej piętnaście. Pod latarnią stały ostatnie panie czekające na ostatnich klientów. Ich widok sprawiał, że miałem ochotę zwymiotować. Najstarszy zawód świata był dla mnie chyba najgorszy z wszystkich możliwych opcji. Byłem świadomy z tego, że te kobiety nie robiły tego dobrowolnie, nikt by przecież czegoś takiego nie robił. Musiały rzeczywiście dosięgnąć dna. Każda z nich była wystraszona, a ich ciała pokrywała duża ilość siniaków. Nie mogłem na to patrzeć. Odwróciłem się i zmierzałem w kierunku z którego przyszedłem.
       W kawiarni obok domu kupiłem dwie kawy na wynos. Przekroczyłem próg holu. Spojrzałem na stanowisko dozorcy. Jack siedział na krześle z głową opartą na ramieniu. Pogrążony był w półśnie. Podszedłem do lady i nacisnąłem dwukrotnie na złoty dzwonek. Chłopak momentalnie się obudził i podziękował mi za to co przed chwilą zrobiłem. Rzuciłem mu wymuszony uśmiech i udałem się schodami na piąte piętro.
Ostrożnie nacisnąłem klamkę od naszego mieszkania i najciszej jak mogłem przeszedłem do salonu. Położyłem kubki na stole i otworzyłem drzwi balkonowe. Zabrałem deskę, która stała jak zawsze oparta o ścianę i położyłem ją miedzy nasz balkon, a balkon państwa Watson, a następnie postawiłem na niej napoje. Przeskoczyłem przez barierkę i z trudem, ale jednak udało mi się otworzyć okno. Chwilę później znalazłem się w salonie sąsiadów i dumny krokiem, najgłośniej jak tylko się dało, pomaszerowałem do pokoju mojej przyjaciółki.
Wiedziałem, że rodziców dziewczyny nie ma obecnie w domu, gdyż pojechali odwiedzić jakąś ich ciocię w Texasie.
       Widok Niny siedzącej przy komputerze wśród sterty papierów o piątej nad ranem wcale mnie nie zdziwił. Za pewne tak jak ja nie mogła przespać całej nocy, co w sumie wnioskowały by jej przekrwione oczy,
- Zrób sobie przerwę.- zaproponowałem i postawiłem jej kubek na biurku po czym pocałowałem ją w głowę.
- Chyba mi się przyda. Luke, tego się nie da logicznie pozbierać, ani wyjaśnić.- powiedziała zrezygnowana i zsunęła się z krzesła na podłogę, przykładając twarz do zimnych paneli. Usiadłem na ziemi opierając się o łóżko.
- Masz mnie.- powiedziałem. Pragnąłem dodać jej jakiejkolwiek otuchy. Spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.- Skarbie, znasz mnie nie od dziś. Wiesz, że dla mnie nie ma rzeczy nie możliwych. Nawet jeśli wydaje się, że nie ma ani jednego sensownego wyjaśnienia zawsze coś się da wymyślić.
Podszedłem do niej i podniosłem ją do pozycji siedzącej. Zamknąłem ją mocno w swoich ramionach. Głaskałem ją po plecach, a ona przyległa do mojej piersi.
- Możemy nie iść dzisiaj do szkoły?- zapytała i popatrzyła w górę szukając mojego spojrzenia.
- Znasz moją odpowiedź.- odpowiedziałem, na co ona momentalnie posmutniała. Niestety, ale taki był nasz obowiązek czy nam się to podoba czy nie.

      Przyjście do szkoły było dziwne. W drzwiach zamontowano wykrywacz metalu, co sprawiło, że co druga osoba musiała się cofnąć. Ponad to, każdemu zabrali plecaki i raczej nie zapowiadało się na to, żeby je chcieli oddać. Rozdzielili nas z Niną i zadawali bardzo dużo pytań.
Kiedy w końcu udało im się mnie zidentyfikować, przekierowali mnie do pokoju 04. Otwarłem drzwi i od razu w oczy rzucił mi się Thomas. Podbiegłem i przytuliłem przyjaciela. Nigdy nie sądziłem, że mogę się tak martwić o drugą osobę. Spytałem się go o jego instytut i odpowiedział mi tak jak się spodziewałem: Robson.
Oprócz niego w pomieszczeniu znajdowało się około dwudziestu osób, których w większości nawet nie kojarzyłem. Zauważyłem, że zbliża się do nas Charlotte. Uśmiechnąłem się zachęcająco, ale z pewnością wyglądało to beznadziejnie, bo moje oczy zawładnął strach i zażenowanie. Brunetka przywitała się z nami i w trójkę usiedliśmy koło ściany. Przez dłuższą chwilę nikt nie zabrał słowa i panowała między nami głucha cisza.
        Poczułem, że koleżanka dźga mnie palcem w plecy. Popatrzyłem na nią kątem oka, a ona postukała ręką w kolano. Przeciągnąłem swoją dłoń do tyłu i ją otwarłem, po czym wylądował na niej świstek papieru. Włożyłem go do kieszeni. Cokolwiek to było, dziewczyna postarała się aby Thomas się o tym nie dowiedział.
Do klasy zaczęli przybywać to nowi ludzie, zapełniając wolne miejsca. Ludzie śmiali się i rozmawiali, ciesząc się, że nie ma teraz żadnych lekcji. Mi zupełnie nie było do śmiechu. Wiedziałem od początku, że coś tu nie gra. Normalni ludzie, a dokładniej wykwalifikowani nauczyciele z dnia na dzień nie wprowadzili by nowych zasad, tym bardziej takich zasad. Instytuty wymyślone z dupy oraz jakieś dokładne przeszukiwanie, przez co czułem się jakbym był na lotnisku.
Zupełnie się zdezorientowałem, kiedy dwójka policjantów wprowadziła wyrywającą się Laurę do klasy. Od razu do niej podbiegłem i pomogłem jej wstać z podłogi. Ona chwyciła mnie mocno za ramiona i spojrzała mi głęboko w oczy. Wyraźnie było widać w nich ból.
- Przygotuj się.- szepnęła i po chwili z głośników wybuchła syrena.
           Nie był to dźwięk taki jaki słyszy się zazwyczaj od przejeżdżającej karetki czy innego wozu, ten był zdecydowanie gorszy. O wiele gorszy. Ból wywołany wysokim dźwiękiem przeszedł moją czaszkę na wylot. Moja głowa zdawała się zaraz eksplodować. Trzymałem się za głowę i za uszy co chwilę to zmieniając, licząc na to, że okropne wycie w końcu ustąpi. Brzmiało jak komplikacja wszystkich najgorszych dźwięków, poczynając od przejechania paznokciem po tablicy, kończąc na przeciągnięciu kota przez mielarkę do mięsa, chociaż moim zdaniem i tak to za mało powiedziane.
W końcu mój mózg się poddał, a przed oczami zaczęły pojawiać się czarne plamki.

            Tata stał przede mną z rakietą do tenisa i tłumaczył mi zasady zwykłego meczu. Ja co chwilę kiwałem głową na znak, że wszystko rozumiem. Zaczęliśmy nasz mały meczyk.
Jako pierwszy serwował ojciec i od razu nabił sobie ace. Co jak co, ale z moim rodzicem zawsze byłem beznadziejny w tę grę, także po około dwudziestu minutach mój taka pokonał mnie z łatwością przybiliśmy sobie żółwika na znak dobrej gry. Odwróciłem się na pięcie z zamiarem udania się do domu po szklankę zimnej lemoniady. Pech chciał, że potknąłem się i upadłem przez kamień.
Ciemność.
Lecę w dół.
Podnoszę się z podłogi. Dookoła moi znajomi. Wszyscy z klasy 04. Leżą, a żadna klatka piersiowa nie podnosi się do góry. Podchodzę do pierwszej lepszej osoby którą napotykają moje nogi i chwytam ją z barki. Mocno potrząsam, ale brak reakcji z jej strony. Nie ma sensu podchodzić z osobna do każdej z nich, bo i tak wiem jaką dostanę odpowiedź. Nic. Otwieram drzwi i wychodzę z pomieszczenia.


           Zostałem gwałtowanie obudzony, przez liścia wymierzonego w moją stronę przez Laurę, która zaraz za niego przeprosiła.
- Luke? Słyszysz mnie?- zapytała. Poczułem ogromny ból, który przeczesywał całe moje ciało. Z trudem otwarłem oczy i lekko nimi zamrugałem, dając do zrozumienia dziewczynie, że żyję. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Dziewczyna chwyciła mnie za ręce i z wielkim wysiłkiem udało jej się mnie podnieść do pozycji siedzącej. Zacząłem poruszać każdą kończyną z osobna ignorując ból, który nagromadził się w całym moim ciele. Obróciłem się dookoła i jedyne co mogłem zauważyć to ogrom ludzi leżący na podłodze.
- Nie martw się, oddychają.- odpowiedziała na moje nie zadane pytanie. Odetchnąłem z ulgą, ponieważ wizja która opanowała moją głowę przed chwilą nie dawała mi spokoju.
Udało mi się wstać na nogi. Popatrzyłem pytająco na Laurę, a ona położyła palec na swoich ustach, skutecznie mnie uciszając.
Przeskoczyła przez kilka osób leżących na podłodze i nacisnęła na klamkę. Zamknięte.
Musieliśmy stąd wiać jak najszybciej. Mimo, że nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, byłem pewny, że myśli tak samo jak ja.
- co teraz?- zapytałem bezdźwięcznie, poruszając tylko ustami. Odszyfrowała to od razu i wzruszyła bezradnie ramionami. Stanęliśmy do siebie tyłem i zaczęliśmy się rozglądać po pokoju w poszukiwaniu czegokolwiek co mogło być wyjściem z tego gówna. Okna były zbyt wysokie i z pewnością ktoś stoi na straży i nie zawahałby się żeby złapać dwójkę nastolatków.
Moją uwagę przykuła odrywająca się od ściany tapeta. Odszukałem wzrokiem Laurę, która była pochłonięta czymś przy biurku. Pokiwała ręką abym do niej podszedł.
               Kartki, które trzymała w rękach przedstawiały wyniki jakiś badań. Każde z nich było zatytułowane IR oraz ciąg nieznanych nam cyfr. Strony pochłaniały wykresy oraz diagramy. Pod każdym z nich zamieszczona była krótka informacja.
"Obiekt 2576 (LM)
Obiekt 2576 iloraz
Obiekt 2576  IW | IR
Obiekt 2576 bariera
Obiekt 2576 IR 
Obiekt 2576 ipiumprinc
Obiekt 2576 tiopraeparia"

                   Długo się nie zastanawiałem i od razu wziąłem wszystkie kartki dotyczące "obiektu 2576". Dziewczyna rzuciła mi podejrzliwe spojrzenie, chciała mnie zatrzymać żebym tego nie robił.
- Zaufaj mi.- wyszeptałem i pociągnąłem ja za nadgarstek. 
Schyleni, tak żeby nie zauważył nas nikt spoza okien przeszliśmy na drugą stronę do zauważonej przeze mnie, lekko oderwanej tapety. Chwyciłem ją za koniec, na początku delikatnie zacząłem ją odrywać, ale nie było to bardzo potrzebne ponieważ kawał papieru został w moich rękach. Przed nami ukazała się krata. 
Spojrzałem poprzez jej szpary, ale w sumie niczego oprócz ciemności nie zauważyłem. Na moje oko był to szyb wentylacyjny.  Włożyłem zabrane wcześniejsze kartki za pasek spodni. Zauważyłem, że kratka nie jest przykręcona i można ją z łatwością ściągnąć. 
Laura z swoimi długimi paznokciami mnie wyręczyła i to ściągnęła. Już się zabierałam za wejście do środka, gdy nagle sobie coś przypomniałem. W tylnej kieszeni moich dżinsów nadal znajdowała się kartka, którą dała mi wcześniej Charlotte. Natychmiast wyciągnąłem świstek papieru i przeczytałem jego zawartość. 
"stodoła"
                 
                       Dlaczego mi to dała? W ogóle o co w tym wszystkim chodzi? I jaka do cholery jasnej stodoła? Pytań było więcej niż odpowiedzi. Pokazałem bazgroł Laurze. 
Początkowo wyszczerzyła szeroko oczy, po chwili zaczęła energicznie mrugać, jakby zastanawiała się, gdzie w swoim mózgu znajduję się miejsce na jakąkolwiek stodołę. Po chwili otworzyła mocno oczy, a jedna strona jej ust podniosła się do góry. Wpadła na pomysł.
- Kto ci to dał?- szepnęła, prawie nie słyszalnie. Momentalnie zacząłem szukać wzrokiem brunetki. Znalazłem ją leżącą przy sąsiedniej ścianie. Kiwnąłem głową w jej stronę.
- Idź jej to oddać.- poleciła. Wziąłem jej z rąk papier i podszedłem do dziewczyny. Przykucnąłem koło niej. Przejechałem jej wierzchem dłoni po twarzy, w nadziei, że coś poczuję i się obudzi, ale jak to mówią; nadzieja matką głupich. Wcisnąłem jej kartkę w dłoń i może wydarzyło się to na prawdę, albo może zbyt dużo sobie wyobrażałem, ale miałem wrażenie że dziewczyna się uśmiechnęła.
                      Chwilę później stałem na kolanach przed szybem. Gdziekolwiek to nas poprowadzi jest naszą jedyną deską ratunku. Mimo, że jestem ateistą w tamtym momencie prosiłem Boga, aby nie doprowadziło nas to prosto w ręce straży. 
Wszedłem do środka, a od razu uderzyła we mnie woń stęchlizny. Przez trzy lata mieszkania z Robertem, byłem przyzwyczajony do o wiele gorszych zapachów, ten w najgorszych dniach mojego życia z ogrem, mógłbym uznać za perfumy. 
Laura weszła zaraz za mną. Wcześniej przykleiła górną część tapety i przesunęła kratkę bliżej wejścia. Kiedy tylko znalazła się w środku włożyła na swoje miejsce kratę i swoimi chudymi palcami udało jej się przykleić resztę papieru.
- Rany, co tutaj zdechło? - zadała pytanie, w sumie retoryczne, ale to były te na które uwielbiałem odpowiadać.
- Miejmy nadzieję, że nic.- odpowiedziałem i zacząłem zmierzać w mrok.

Cześć misie!

Powiedzcie mi, czy wolicie takie dłuższe rozdziały, bo nie mam pojęcia czy komukolwiek chcę się takiego longasa czytać hahah 
kiedyś miałam tendencje do pisania mega, mega krótkich rozdziałów, a teraz to szczerze mówiąc sama się sobie dziwie, serio
btw. zaczęłam swój staż na Dolinie Zwiastunów, więc jeśli ktoś z was potrzebuje zwiastunu swojego opowiadania to serdecznie zapraszam na swoją podstornę (honey):)
ps. zaktualizowałam zakładkę "bohaterowie"
Życzę wam miłego poniedziałku!
honey †

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Rozdział 3: Instytuty

zakładka dt. bohaterów zostałą zaktualizowana          
♫ P&S L&L ♫

                 W klasie pana Graysona siedzieliśmy już trzy godziny. Wszyscy byli pogrążeni w ciszy i każdy z nas wpatrywał się w któryś z czterech kątów pomieszczenia.
Z dziedzińca, policja przeprowadziła nas prosto do różnych klas, dzieląc uczniów mniej więcej po dwadzieścia pięć osób. Jedyną osobą którą znałem w tej klasie była Laura. Siedziała pod ścianą i udawała, że patrzy w buty co chwilę zerkając w moją stronę. Kilka razy przyłapałem ją na wpatrywaniu się we mnie, na co ona momentalnie odwróciła wzrok.
              Naszym wybawieniem okazała się pani Grunwald, nauczycielka hiszpańskiego. Przyszła po nas i oznajmiła, że dyrektor zarządził apel w sali gimnastycznej. Spojrzałem pytająco na Laurę, ale ona tylko szeroko otworzyła oczy i wzruszyła ramionami.
Kierowaliśmy się za panią prosto do auli. Stanąłem pod ścianą i czekałem na rozwinięcie akcji. Brązowowłosa dotrzymała mi towarzystwa.
- Co jak co, ale ja mam złe przeczucia.- zaczęła rozmowę.
Pokiwałem twierdząco głową, bo takie same myśli nawiedzały mój umysł odkąd zobaczyliśmy wisielca.
- Myślisz, że coś wprowadzą nowego?
- Wydaję mi się, że tak. Z pewnością zasady staną się bardziej ostre i dopracowane.
Wyciągnęła z plecaka jabłko i zaczęła je jeść. Zachowywała się zupełnie normalnie, tak jakby cała zaistniała sytuacja w ogóle jej nie dotyczyła.
Nie potrafiłem wzrokiem zlokalizować moich przyjaciół. Byłem otoczony w większości ludźmi, których kompletnie nie znałem.
Na scenę wszedł dyrektor.
- Nie będę was oszukiwać, bo każdy widział to co się stało dzisiejszego poranka. Nie ukrywam, że da wszystkich był to ogromny szok. Jestem przekonany, że przez to wydarzenie, nie tylko spadniemy w rankingu szkół, ale również zostanie przeprowadzona ścisła kontrola. Jako dyrektor tej oto placówki, nie mogę pozwolić aby taka sytuacja miała swój powrót w przyszłości. Od tej chwili zasady obowiązujące w tej szkole zostają zmienione, począwszy od podzieleniu was na instytuty, kończąc na zmianie regulaminu. Z mojej strony to wszystko. Oddaje głos panu Harrisonowi.
- A mogłam zostać w Raymont.- szepczę Laura


               Przez niecałą godzinę dyrekcja zdążyła dodzwonić się do wszystkich rodziców informując ich o zmianach które nastąpiły.  Nadal staliśmy w auli. Każdy z nas był zdezorientowany, a cisza wokół przytłaczała najbardziej.
- Instytuty zostały ustalone już dużo wcześniej, czekaliśmy tylko na odpowiedni moment.- zabrał głos pan Harrison.- Przedstawiam wam cztery instytuty: Sedah, Desart, Robson, Willson. Będę wyczytywać nazwiska, wymienione osoby proszę aby udały się do klasy 116.- powiedział dosłownie na jednym wdechu.- Jako pierwszą zapraszam Arianę Walter.
Dziewczyna obok nas podniosła się z miejsca. Miałem z nią angielski, była strasznie mądra. Lubiłem ją.
            Mężczyzna wyczytywał kolejno nazwiska, aż w końcu doszło do mnie. Udałem się powolnym krokiem do wspomnianej klasy. Ledwo wszedłem do środka, a siedzący nauczyciele zaczęli notować coś na pożółkniałych kartkach.
- Imię i nazwisko.- zapytał jeden z nich.
- Luke Hemmings.

          Seria pytań trafiła we mnie jak karabin maszynowy. Zaczęło się od najzwyklejszych typu ile masz lat, co lubisz robić, a skończyło się na czysto psychologicznych pytaniach, które często używałem w sztuczkach magicznych. Grupka nauczycieli na każdym kroku próbowała mnie złamać na najprostszych odpowiedziach. Pytali się czy lubię psy, a za jakiś czas przedstawili sytuacje, że atakuje mnie pies i na swoją obronę mam broń. Gdybym powiedział, że bym go zastrzelił, byłoby to nie zgodne z prawdą, gdyż lubię psy.
Widziałem w ich mowie  ciała, że są lekko zestresowani, może lekko przestraszeni, że wiem o co im chodzi.
Przy każdej odpowiedzi uśmiechałem się szeroko, co denerwowało ich dwa razy bardziej. Byłem dumny z siebie.
Zrezygnowani po dwudziestu minutach skierowali mnie do sali 112, a ja dumnym krokiem przekroczyłem drzwi.
          Kiedy wszedłem do sali, od razu rzuciła się na mnie Nina. Na początku byłem zszokowany, ale szybko odwzajemniłem uścisk. Kiedy się od siebie odsunęliśmy przyjaciółka poprowadziła mnie do kąta gdzie siedziała z Arianą, Charlotte, Austinem i Drake'm. Przywitałem się z znajomymi i zająłem miejsce obok kaloryfera.
- Gdzie jest Thomas?- zapytałem, martwiąc się o swojego przyjaciela. Wszyscy wzruszyli ramionami.
- Nie sądzicie, że to trochę pogrzane? - zapytała Ariana.- Akurat wymyślili "instytuty".- na to słowo zrobiła cudzysłów w powietrzu.- kiedy przed szkołą zawisnął wisielec.
- Ponoć planowali to od dawna. Zastanawia mnie tylko ile będziemy jeszcze tutaj siedzieć i czekać, aż czegokolwiek się dowiemy.- tym razem głos zabrał Drake.
- Co wam kazali robić w tym pokoju?- zapytała nagle Nina.
Wszyscy mówili o swoich przeżyciach. Arianie i Drake'owi kazali wyliczać dziwne równania, Ninę poprosili o bieg na sto metrów, Austinowi podsunęli jakiś plan działania i kazali mu ustawić odpowiednich ludzi na odpowiednich stanowiskach, tylko mi i Charlotte zadawali pytania. Ta sprawa zdecydowanie nie była normalna.
     
             O godzinie siedemnastej zwolnili nas wszystkich do domu. Na samą myśl, że mam tam wrócić i obsługiwać spaślakowi, zbiera mi się na zwrócenie wczorajszego jedzenia.
Włożyłem do uszu słuchawki i włączyłem muzykę w telefonie. Standardowo wychodząc z szkoły dostrzegłem Laurę wsiadającą do czarnego auta. Założyłem okulary przeciwsłoneczne i ruszyłem przed siebie.
           Zawsze kiedy szedłem parkiem, przy trzeciej ławce obok fontanny sięgałem po papierosa, a przy piątej dopiero go zapalałem, nigdy nie wcześniej, nigdy nie później.
Mój telefon zawibrował przerywając mi piosenkę. Zdziwiłem się ponieważ rzadko piszę smsy. Wyciągnąłem go z tylnej kieszeni dżinsów, a na wyświetlaczu ukazał mi się ciąg liczb oraz kawałek wiadomości "Gratulujemy przyjęcia do..". Początkowo nie zorientowałem się o co chodzi, dopiero po chwili przypomniałem sobie o głupich inicjacjach. które przechodziliśmy dziś w szkole. Zaciągnąłem się i przy drugim zdaniu wypuściłem dym z  ust.
" Gratulujemy przyjęcia do Instytutu. Według naszych badań przypasowaliśmy Cię do Instytutu Robsona. Jesteśmy z ciebie dumni Luke'u Hemmingsie."
- Jak można być dumnym kurwa z niczego? - pomyślałem, chyba jednak na głos bo po chwili usłyszałem odpowiedź.
- Nie wiem, widocznie można.- odwróciłem głowę i moim oczom ukazała się Laura. Stała przede mną z uśmiechem na ustach, w jednej ręce trzymała telefon, a w drugiej kawę. Podeszła do mnie i dwoma palcami wyciągnęła mi słuchawkę z ucha i włożyła do swojego. [wybierz z playlisty P&S L&L]
- Are you mine?- zaśpiewała razem z Alexem Turnerem i obróciła się wokół własnej osi. Zaśmiałem się z niej i zaciągnąłem się po raz kolejny. Miałem już wypuszczać powietrze, gdy nagle dziewczyna przyłożyła swoje usta do moich, zabierając mi cała zawartość papierosa, po czym odwróciła głowę w prawo i wypuściła dym. Stałem sparaliżowany, jeszcze przez chwilę nie świadomy co się przed chwilą stało.- Parker & Simpson light. Całkiem dobre.- skomentowała to wszystko. Nie potrafiłem inaczej zareagować niż wybuchem śmiechu.
- No więc do jakiego instytutu cię przydzielili?- zapytałem, aby jakoś zacząć rozmowę.
- Robson. Czymkolwiek to się różni od pozostałych.- odpowiedziała i wywróciła teatralnie oczami.- A ciebie?
- Również.
- No widzisz, a byłabym przysiąc, że nie mamy ze sobą nic wspólnego.- uśmiechnęła się szeroko, ukazując swój aparat na zęby na co ja odpowiedziałem jej tym samym.

              Włóczyłem się z Laurą po mieście jeszcze dobre dwie godziny. Zwiedzaliśmy lumpeksy, przymierzając ogromne futra oraz wielkie kapelusze. Sprawdzaliśmy również antykwariaty. Dziewczynie udało się nawet kupić kilka książek, między innymi kolejną część "Więźnia Labiryntu" o której opowiadała mi przez cały czas i co drugie słowo wtrącała " musisz to przeczytać to jest takie dobre". Miło spędzałem z nią czas, mimo że praktycznie się nie znaliśmy. Imponowała mi jej odwaga oraz pewność siebie. Była zdecydowanie kimś, kim chciałbym być.
Kończąc naszą wycieczkę po sklepach udaliśmy się na stację i kupiliśmy sobie po kawie. Odprowadziłem koleżankę na przystanek, a sam udałem się w kierunku domu. 
              Idąc  chodnikiem zapaliłem kolejnego papierosa. Zawsze tak robiłem kiedy musiałem nad czymś pomyśleć. W tle z moich słuchawek dobiegał mnie zmęczony głos Hoziera śpiewającego o zabieraniu do kościoła. Mimo, że nie byłem zbyt religijny to uwielbiałem tą piosenkę, a najbardziej jej przekaz. Nie potrafiłem słuchać czegoś innego kiedy miałem zapalić i pomyśleć.
Rozmyślałem o śmierci Gilbiarta. Zawsze był uśmiechnięty, w szkole nigdy nie bywał sam. Obracał się w towarzystwie tzw. szkolnej "elity" i był osobą, którą nie sposób było nie polubić. Miałem z nim nawet niektóre lekcje. Uwielbiałem w nim poczucie humoru, nikt w sumie nie rozbawiał mnie tak jak on.  Nigdy nie przypuściłbym, że może mieć problemy. Nigdy nie przypuściłbym, że się czymś martwi. Nigdy nie przypuściłbym, że jest w stanie odebrać sobie życie.
            Przekroczyłem próg holu, a jak zawsze powitała mnie uśmiechnięta Diana życząc mi miłego dnia. Sprawdziłem jeszcze skrzynkę, w której z resztą i tak nic nie było i udałem się na moje piętro.
Szedłem po schodach i starannie omijałem co drugi stopień, cały czas patrząc pod nogi. Ta nerwica mnie chyba kiedyś wykończy.
Dotarłem pod właściwe drzwi i nacisnąłem na klamkę. Standardowo do moich nozdrzy dobiegł olbrzymi smród, a żołądek podskoczył do gardła. Poszedłem w kierunku pokoju. Usłyszałem ciche skrzypnięcie podłogi i natychmiastowo się odwróciłem. Najbardziej spodziewałem się tam Roberta z zaciśniętymi pięściami i z chęcią zmasakrowania mi twarzy wypisaną na mordzie. Spodziewałem się także myszy, kota którego nie mieliśmy, żaby która i tak tu by nie weszła, krokodyla, dinozaura, Świętego Mikołaja, ale nigdy, nigdy nie spodziewałbym się tam matki.
Widziałem ją pierwszy raz od jakiś dwóch tygodni i gdybyśmy spotkali się na mieście z pewnością bym jej nie poznał. Była zdecydowanie dwa razy chudsza, teraz ubrania na niej dosłownie wisiały niczym na wieszaku. Miała czerwone oczy, a pod nimi wielkie fioletowe podkówki, z pewnością od niewyspania. Oprócz tego na jej zawsze pięknych blond włosach zaczęły się pojawiać siwe pasma. Popatrzyłem na nią jeszcze przez chwilę. Ona co jakiś czas otwierała i zamykała buzie jakby chciała coś powiedzieć, ale się bała albo nie potrafiła dobrać słów.
- Cześć.- rzuciłem i szybkim krokiem wszedłem do pokoju.
                 Nawet nie wiem kiedy, ale udało mi się zasnąć i z mojej pięknej krainy snu wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Na wpół żywy udało mi się przetrzeć oczy i usiąść do pozycji pionowej. Kątem oka spojrzałem na elektroniczny zegarek na parapecie, który wskazywał 22:42. Kto do cholery o tej godzinie zapragnął nas odwiedzić? Kto w ogóle zapragnął nas odwiedzić?
- Otwórz ktoś do cholery.- krzyknął Robert z sypialni, kiedy ktoś nacisnął go po raz kolejny. Pokazałem ogrowi środkowy palec, którego w sumie i tak nie zobaczył i  wstałem z łóżka. Podszedłem do drzwi i spojrzałem przez Judasza. Niestety nic nie zobaczyłem, bowiem musiało zgasnąć światło na korytarzu, albo gość zasłonił go palcem. Odkluczyłem i odtworzyłem drzwi, a moim oczom ukazała się Nina.
- Co ty tu robisz o tej godzinie?- zapytałem i wyszedłem na korytarz zamykając za sobą drzwi.
- Ciebie też miło widzieć Luke.- puściła mi oczko, a ja założyłem ręce na klatkę piersiową.- W każdym bądź razie, gdzie cię przyjęli? Bo mnie do Desart. Nie wiem w sumie co mam o tym myśleć, ale wydaje mi się być w porządku, Skylar, siostra Drake'a też została...
- Nina, znam cię nie od dziś. Skończ ten słowotok i mów o co chodzi.- położyłem jej rękę na usta uciszając ja.- Robson.- zabrałem rękę i pozwoliłem jej mówić.
Przełknęła głośno ślinę i chwyciła się za ręce próbując uspokoić ich drżenie.
- Myślę.- wzięła włosy za ucho.- to znaczy prawie jestem pewna...
- No mów.- pospieszyłem ją
- Luke, sądzę że instytuty nie są wymyślone bez powodu, a te testy zostały opracowane już dawno temu. Od początku nas obserwowali. Od pierwszej naszej lekcji. Pierwszego naszego dnia w szkole, teraz tylko nas posegregowali. Nie jestem jeszcze tego do końca pewna, zamierzam się spotkać jutro z Drake'm i spróbować się włamać na stronę szkoły. Chcę, żebyś też tam był.- pokiwałem twierdząco głową próbując zebrać w jedno miejsce nowo zebrane informacje. Pocałowałem Ninę i zacząłem się cofać do drzwi. Już naciskałem klamkę, kiedy przyjaciółka powiedziała mi coś przez co zupełnie straciłem czucie w kolanach.
- A i jeszcze jedno Luke. Tego jestem pewna.- popatrzyła mi głęboko w oczy.- Gilbiart nie popełnił samobójstwa.


Witam was misie bardzo serdecznie w 3 rozdziale.
Jak zawszę proszę was, żebyście dali mi o sobie znać w komentarzach i napiszcie mi swoją opinię na temat moich wypocin. 
Jak widzicie (niestety tylko osoby na komputerach) zaktualizowałam wygląd swojego bloga i dodałam muzykę. Jest ona ważna w szczególności dla bohaterów WNB i mam nadzieję, że znajdziecie odniesienia do tych piosenek w moich rozdziałach.
Chciałam was jeszcze poinformować, że przez miesiąc pełnie staż na
(button również u mnie w linkach)
i jeśli chcielibyście zwiastun swojego opowiadania to z chęcią go wykonam 
(póki co nie widnieje jeszcze tam moja podstrona, moja pierwsza notka pojawi się tam prawdopodobnie w piątek)
na dzisiaj to już tyle, życzę wam miłego poniedziałku! 
Do zobaczenia z rozdziałem czwartym już za tydzień!
Trzymajcie się ciepło
papa!
honey †

niedziela, 31 lipca 2016

Rozdział 2: Dom

  Zakłada dt. bohaterów została zaktualizowana.      

♫  Smoke Time ♫

              Jeśli udałeś się w złą uliczkę na moim osiedlu, to wiedz, że wrócenie do domu ze wszystkimi zębami to kwestia szczęścia. Mieszkałem na obrzeżach miasta w nie wielkiej kamienicy. Dookoła nas nie dało się zauważyć żywej duszy. Przynajmniej za dnia.
                Wyciągnąłem z kieszeni kurtki paczkę papierosów i odpaliłem jednego. Musiałem się uspokoić zanim wejdę do domu. Tak bardzo nienawidziłem tego miejsca.
Powolnym krokiem przekroczyłem próg holu.
- Cześć Luke! - powiedziała do mnie Diana, która była odpowiedzialna za porządek tego miejsca. Pokiwałem jej ręką i udałem się na klatkę schodową, na siłę chciałem wydłużyć czas (dlatego zrezygnowałem z windy). Po upływie pięciu minut znalazłem się na właściwym piętrze.
Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się tępo w tabliczkę na moich drzwiach.
"państwo Timson"
Wziąłem do ust duży haust powietrza i nacisnąłem na klamkę.
Ledwo przekroczyłem próg, a do moich nozdrzy dobiegł zapach taniej wódki i potu. Z trudem powstrzymałem odruch wymiotny.
                 Cicho na palcach przemieściłem się do swojego pokoju, który dzieliłem z bratem. Kiedy do niego wszedłem zastałem go siedzącego na łóżku z okładem z lodu na oku.
- Co ci się stało?- zapytałem rzucając plecak na ziemię.
- Robert dzisiaj się zorientował, że ciebie nie ma. Wkurzył się niesamowicie. Matka zamknęła się w pokoju i od rana z niego nie wychodzi, dlatego Livia miała przygotować obiad. Starałem się jej pomóc i nawet znaleźliśmy przepis na kurczaka w sosie słodko-kwaśnym. Niestety źle nastawiliśmy kuchenkę i mięso się spaliło. Grubas wleciał do kuchni i zaczął się wydzierać, że robimy tylko syf w tym domu i on czuje się jakby mieszkał w oborze. Rzucił się na Livię, więc stanąłem w jej obronie. Przyłożył mi w twarz na co ja prześlizgnąłem się pod jego ręką i pchnąłem na rozgrzaną gazówkę. Uwierz mi, pierwszy raz słyszałem ryk godowy w tamtym momencie.- roześmiał się.-  do tego całego burdelu wleciała matka i zaczęła się na mnie wydzierać, że mnie pan Bóg opuścił i czemu zawsze wszystko muszę psuć.
- Gdzie on teraz jest?- zapytałem siadając obok Cody'ego.
- Najprawdopodobnie przepierdala ostatnią wypłatę matki w kasynie.
Rozluźniłem się nieco na myśl, że nie będę musiał go oglądać. Przynajmniej nie teraz. Porwałem z krzesła koszulkę i spodenki i udałem się pod prysznic.
Kiedy wyszedłem z łazienki do domu wróciły moje siostry. Obydwie jak nigdy wcześniej ucieszyły się na mój widok. Poleciłem im, żeby poszły spać zanim on wróci.

           Obudziłem się o trzeciej w nocy. W sumie to źle to ująłem, ponieważ zostałem obudzony o trzeciej w nocy, a dokładniej to zepchnięty z łóżka. Od razu wiedziałem kto za tym stoi. Woń smrodu powodowała, że miałem ochotę zwymiotować wszystko, łącznie z organami wewnętrznymi. Zauważyłem, że Cody się obudził, ale dawał po sobie tego nie poznać. Wiedziałem, że nie chciał oberwać po raz drugi. Robert stał po drugiej stronie pokoju i grzebał mi w portfelu.
Miał na sobie białą, poplamioną musztardą podkoszulkę i granatowe bokserki o trzy rozmiary za małe. Był obrzydzający jak zawsze.
- Księżniczka raczyła w końcu przyjść do domu.- powiedział szczerząc się, przy czym odsłaniając swoją wybrakowaną szczękę. Ledwo podniosłem się z podłogi, a zostałem przyduszony do ściany.
- Jesteś kupą gówna, tak samo jak twoja matka.- powiedział napierając na mnie.  Kilka sekund później zostałem rzucony z powrotem na podłogę. Kopnął mnie w nerkę, co bolało. Cholernie bolało.
Na czworakach przedostałem się na drugą stronę pokoju i zabrałem do ręki figurkę, która stała na parapecie.
- Masz zamiar mnie tym zabić?- roześmiał się patrząc na aniołka, którego trzymałem w ręce. Wiedziałem dobrze, że z tym grubasem nie mam szans. Przynajmniej nie jeśli chodzi o sprawy siłowe.
Podbiegłem do niego, dając mu się zaskoczyć i chwyciłem jego barki.
- Śpij.- wycedziłem w jego twarz, co on posłusznie zrobił. Hipnoza na jego umyśle, nie będę się oszukiwać, wychodziła mi najlepiej.- Teraz opuścisz ten pokój i pójdziesz spać. Rano nie będziesz pamiętał niczego co tu zaszło.- powiedziałem i pchnąłem go do wyjścia.

            Kiedy ogr wyszedł z mojego pokoju, pierwsze co zrobiłem to rzuciłem się na łóżko i przez dobre piętnaście minut wpatrywałem się w sufit.Cody próbował nawiązać ze mną rozmowę jednak ja nie byłem na to chętny.
Wstałem i podszedłem do szafy. Wyciągnąłem torbę i rzuciłem ją na łóżko brata.
- Pakuj się. Pięć minut.
Tymczasem udałem się do pokoju mamy i ojczyma i zabrałem stamtąd kluczyki do samochodu. Niecałe dwadzieścia minut później, ja wraz z całym moim rodzeństwem siedzieliśmy już w aucie.
            Jechałem pięćdziesiąt na godzinę po opustoszałym Nowym Jorku. Wykręcałem numer, ukradkiem patrząc na drogę. W myślach powtarzałem sobie jak bardzo nieodpowiedzialnie się zachowuje. Miałem teraz pod swoją opieką trójkę rodzeństwa i kompletnie nie wiedziałem, gdzie mam jechać.
Ostatecznie udało mi się znaleźć numer mojego najlepszego przyjaciela Thomasa.
Po krótkiej rozmowie zdążyłem wywnioskować, że nie ma go w domu i jest zbyt pijany, żeby chociaż do niego trafić.
Moją ostatnią deską ratunku okazał się Jason.
Na podjeździe domu Morganów, byliśmy w przeciągu trzydziestu minut. Mój przyjaciel wyszedł i pomógł nam zanieść torby do środka. Byłem niesamowicie mu wdzięczny.


                  Jason stał na balkonie patrząc się na ruchome ulice naszego miasta. Stwierdziłem, że dotrzymam mu towarzystwa.
Z chłopakiem znaliśmy się odkąd trafiliśmy do tej samej klasy w naszej szkole. Od samego początku złapaliśmy dobry kontakt i trzymałem się z nim, Niną i Thomasem. Niestety, ale nie utrzymaliśmy naszej przyjaźni zbyt długo.
- Mogę się przyłączyć?- zapytałem i stanąłem obok niego.
- Tylko jeśli masz swoje fajki.- na jego twarz wstąpił cichy uśmiech. Sięgnąłem do kieszeni dżinsów i wyciągnąłem papierosa z białego opakowania. Zapytałem kolegę o zapalniczkę i już po chwili dym wypełnił moje płuca.
- Luke, słuchaj. Wiem, że to głupio zabrzmi, ale nie mogę cię tu wiecznie przetrzymywać, wiesz o tym. Prędzej czy później będziesz musiał stawić temu czoło i żadna hipnoza ci w tym nie pomoże.- pokiwałem twierdząco głową, ale nie odpowiedziałem na te słowa.
-  Nigdy się nie dowiesz jak to jest, żyjąc i bojąc się o to czy rano się obudzisz. W ogóle gówno wiesz.
- Luke, nie traktuj mnie tak.
- Jak?
- Jakbym był kimś obcym.- odpowiedział i kątem oka na mnie spojrzał.
- To mnie powoli wykańcza. Na prawdę. Od dwóch lat moja matka żyje z tym szmaciarzem. Zastanawiam się czy ona go kocha, czy boi się od niego odejść. Szczerze, to nie widziałem jej od dwóch tygodni. Zawsze jak wracam do domu to siedzi w swoim pokoju zamknięta na klucz. Prawie nigdy z niego nie wychodzi.
- Miłość ssie.- skomentował
- Gdyby tata.. - moją zaczętą wypowiedź przerwał dźwięk otwierającego się zamka. Obydwoje spojrzeliśmy na frontowe drzwi. Ku mojemu zdziwieniu pojawiła się w nich dziewczyna. Dobrze wiedziałem kim jest. Przyznam się, że przez ostatni tydzień bacznie ją obserwowałem.
                    Codziennie rano między pierwszą, a drugą lekcją siedziała na parapecie obok obok klasy pana Fitza. Trzymała podręcznik od biologi, a w uszach miała zielone słuchawki. Między trzecią, a czwartą lekcją siedziała na podłodze między łazienkami i opierała głowę o zimne kafelki. Podczas przerwy obiadowej zabierała zawsze jogurt i wodę. Nigdy nie siedziała przy stoliku. Nie widziałem, żeby kiedykolwiek z kimś rozmawiała. Do ósmej lekcji jej nie spotkałem ani razu.  Dopiero na sam koniec, kiedy wychodziłem ze szkoły, widziałem jak wsiada do czarnego passata i odjeżdża. Jej tajemniczość mnie intrygowała.

- Mówiłem ci coś na temat łażenia po nocach.- odezwał się Jason i chwilę potem pojawił się przy jej boku. Dotrzymałem mu kroku.
- A ja, mówiłam ci, że mam w dupie twoje zdanie na ten temat.- odpowiedziała. Jej głos był niski, lekko zachrypnięty. - Jestem Laura. Widzę, że znasz się z moim braciszkiem?- spojrzała w moim kierunku przygryzając wargę.
- Luke.- odpowiedziałem, a ona zmierzyła mnie wzrokiem i przecisnęła się miedzy mną, a Jasonem, udając się najprawdopodobniej do swojego pokoju.
- Nie mówiłeś, że masz siostrę. W sumie to nigdy wcześniej nawet jej nie widziałem.
- Nie lubię się nią chwalić. Racja, nie miałeś okazji jej zobaczyć. Wcześniej chodziła do Reymont.- odpowiedział mi na moje niezadane pytania.
- Dlaczego już tam nie chodzi?
- Jeśli ci  powie, to się dowiesz.- zgasił papierosa.

              Rano spakowaliśmy się i podjechaliśmy po książki do naszego domu. Roberta nie było w mieszkaniu, o tej godzinie szedł zazwyczaj do sklepu monopolowego oddać zużyte butelki.
Po upływie piętnastu minutach ruszyliśmy w kierunku szkoły.
                 Na dziedzińcu zauważyliśmy grupę ludzi, byli to uczniowie naszego liceum. Dziewczyny trzymały ręce na ustach, niektórzy przegryzali wargi, inni płakali. Wszyscy mieli oczy skierowane w górę. Ktoś krzyknął.
Spojrzałem w to samo miejsce w które gapił się tłum.
Na słupie, na którym zazwyczaj wisiała flaga, nie było jej tam.
Ale wisiało coś innego.
Chłopak.
Do pleców miał przyczepioną wielką kartkę, na której grubymi wielkimi drukowanymi literami widniał napis.

TRZEBA BYĆ TWARDYM, ŻEBY TU PRZEŻYĆ.


Witam was z kolejnym rozdziałem na tym blogu!
Po lewej stronie macie takie małe okienko, dzięki któremu będziecie mogli zobaczyć kiedy nastąpi premiera następnego rozdziału.
Proszę, żebyście zostawili mi komentarz. Jest to wielką motywacją dla autora jak dobrze z resztą wiecie. 
Napiszcie, że lubicie mój styl, lub go nie lubicie, że  opowiadanie jest do dupy, co zmienić co poprawić, co mieliście na obiad, jak wam minął dzień, jak nazywa się wasze zwierzę, cokolwiek.
Po prostu dajcie po sobie znać!
Honey †


poniedziałek, 25 lipca 2016

Rozdział 1: Pomoc

 magic 

            Miejsce w klasie zawsze zajmowałem w ostatniej ławce pod oknem. Należałem do tych osób, które uwielbiały uprzykrzać życie nauczycielom, a jednocześnie mieć dobre wyniki w nauce.
Pani Gonzales męczyła nas na swoich lekcjach niemiłosiernie. Potrafiła stać pod tablicą i mówić cały czas o tym samym, dobierając to w inne słowa. Nie będę oszukiwać ani siebie, ani nikogo innego- kiedy coś tłumaczyła, zawsze byłem nieobecny. 
                 Nauczycielka miała już swoje lata, była osobą która nie należała do szczupłych. Całe życie miała opuchniętą twarz z sporą ilością makijażu. Na czubku swojego nosa nosiła okrągłe okulary. Kruczoczarne włosy, na których powoli zaczęły pojawiać się siwe pasma, nosiła zawsze upięte w wysokiego koka. 
                 Po dwudziestu minutach tłumaczenia nam, po raz setny, drugą zasadę dynamiki Newtona, zrezygnowana opadła na krzesło przy swoim biurku.
Kiedy wpisywała temat do dziennika, ja wyglądałem przez okno na dziedziniec. Obserwowałem spieszących się ludzi z kubkami z kawą, ptaki siedzące na poddaszu szkolnej szopy oraz przejeżdżające samochody. Chciałem się znaleźć jak najdalej stąd, marzeniami byłem już w kolejce do Subwaya, aby zamówić kanapkę. 
Kątem oka obserwowałem panią Gonzales, która aktualnie wpatrywała się w swój kubek i co chwilę mieszała w nim łyżeczką. Zawsze tak robiła kiedy miała kogoś spytać. 
- No to do tablicy podejdzie... - a nie mówiłem - Waston.
               Cała klasa skierowała wzrok na moją przyjaciółkę. Nina odkąd tylko pamiętam nienawidziła fizyki, a co za tym idzie nienawidziła również nauczycieli tego przedmiotu. Rzuciła mi błagające spojrzenie, a ja tylko uśmiechnąłem się w nadziei, że cokolwiek jej to da. Spiorunowała mnie wzrokiem i chwiejnym krokiem podeszła do tablicy.
                Gonzales przeczytała jej polecenie, a ona pokiwała twierdząco głową. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że nic z tego nie rozumie. Odwróciła się do nas plecami i próbowała coś wymyślić. 
- Czas uratować pannę z opałów.- pomyślałem i na moich ustach wstąpił uśmiech. 
Włożyłem rękę do torby i po kilku sekundach wyczułem pod palcami mały przycisk. Przytrzymałem go dwadzieścia sekund i z głośników w klasie rozbrzmiały dwa pojedyncze sygnały. Co to oznaczało? Atak terrorystyczny.
- Watson, co z tobą nie tak? Kiedy chcę cię zapytać Z A W S Z E musi się coś dziać. Dwa tygodnie temu pożar w stołówce, tydzień temu zalało nam klasę, a teraz to.- wkurzona nauczycielka zaczęła krzyczeć. Luke nie teraz, nie teraz, proszę cię nie śmiej się. 
Położyłem rękę na ustach, aby nie było widać tego jak bardzo staram się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć. Zabrałem z ziemi swój plecak oraz torbę Niny. Pokiwałem jej ręką i po chwili zjawiła się przy moim boku. Otwarłem okno i wskoczyłem na parapet.
- Hemmings?! A ty gdzie się wybierasz? Jeszcze cię napadną, albo..
- Pani na prawdę w to wierzy?- przerwałem jej w pół zdania i opuściłem klasę przez okno. 

             Biegliśmy trzymając się za ręce przez deptak naszego miasta. Naszym celem była kawiarnia "Gogo Coffe", która była naszą ulubioną. Z Niną znaliśmy się od dzieciństwa. Mieszkaliśmy w tym samym bloku, dosłownie mieliśmy drzwi obok siebie. Mimo iż nasze rodziny za sobą nie przepadały, my się kochaliśmy. 
Kiedy się wprowadzaliśmy do mieszkania, miałem może z pięć lat. Byliśmy szczęśliwą rodziną.
Nadal pamiętam ten dzień tak dokładnie... Jakby zdarzyło to się co najwyżej wczoraj. 
               Zamówiliśmy jak zawsze to samo: waniliowe frappe i ciastka czekoladowe. Od początku naszego przyjścia Nina używała cały czas telefonu, który co po chwilę wibrował.
- Z kim mnie zdradzasz?- zapytałem zlizując kawę z ust.
- Z nikim.- odpowiedziała chowając telefon pod stołem, tak żebym nie mógł zobaczyć co namiętnie wystukuje.
- Spójrz na mnie.- poleciłem, a on podniosła głowę.
- Nie próbuj na mnie twoich sztuczek.- ostrzegła mnie.
             Nina nienawidziła tego, że wiedziałem o niej wszystko, nawet to czego ona sama o sobie nie wiedziała. Ale właśnie na tym polegały moje umiejętności.
- Carol.- powiedziałem,a ona pokręciła przecząco głową.- Conrad, nie czekaj... Cody? O matko, Nina czemu do cholery piszesz z moim bratem?
Przez dłuższy czas wpatrywała się w obraz przedstawiający smutnego clowna za mną. Po upływie chwili dopiero odpowiedziała.
- Prawda jest taka, że to on dzisiaj do mnie napisał. Martwi się o ciebie. Pytał się mnie dlaczego wczoraj nie wróciłeś na noc.- odpowiedziała na zadane przeze mnie wcześniej pytanie.
Oczywiście, że się denerwował. Rzuciłem tylko, że idę do sklepu po fajki po czym nie wróciłem do teraz.
Pocałowałem Ninę i wyszedłem z kawiarni. Kierowałem się w stronę domu.
Tak bardzo nie chciałem tam wracać.

Cześć! 
mam nadzieje że nie zraziliście się mną już po pierwszy rozdziale
rozdział drugi prawdopodobnie pojawi się w przyszłym tygodniu
ps. nadal dla nie ogarniętych o co tutaj chodzi mała wskazówka
główny bohater nie ma nadprzyrodzonych mocy, po prostu lubi się bawić umysłami/magią:)
honey

sobota, 23 lipca 2016

Wstęp

'Magia jest wtedy, kiedy splatamy dłonie'
Czym jest magia?

Wikipedia mówi, że jest to ogół wierzeń i praktyk opartych na przekonaniu o istnieniu sił nadprzyrodzonych, które można opanować za pomocą odpowiednich zaklęć i określonych czynności.
Ale nie martw się. 
Tutaj nie będziemy czarować. Przynajmniej nie w dosłownym znaczeniu, ponieważ nie mamy zamiaru latać na miotle z różdżką wypowiadając jakieś skomplikowane zaklęcia. Chcę wam uświadomić jak piękna może być magia własnego umysłu. 

Jestem tylko zwykłym siedemnastolatkiem. Nie mam żadnego wyjątkowego daru więc raczej nie zrobisz ze mnie drugiego Harry'ego Pottera. Jednak mnie i bohatera książek J.K Rowling coś łączy. Mianowicie oboje obracamy się w tym samym świecie. Świecie magi.
Nie, nie jestem czarodziejem. Jestem po prostu sprytny. Nie umiem wyczarować czegoś przed tobą, nie umiem cofać czasu, ani czegoś naprawić (chociaż to ostatnie by mi się przydało bo już dość w swoim życiu spieprzyłem), ale zanim sobie pomyślisz, że jestem życiowym nieudacznikiem poczekaj. Mam jedną umiejętność z której jestem dumny. 
Potrafię manipulować ludźmi. Potrafię sprawić, żeby wierzyli w niemożliwe. Potrafię wedrzeć się do czyjegoś umysłu. 
Magia to moje życie i postaram się, żebyś także ją w swoim odnalazł.




Honey